homemailmap
kanonierzy

To oni sprawili, że Arsenal stał się potęgą. Przypominamy "Niezwyciężonych"

13.04.2017; 13:19 / Mateusz Kolebuk

-Arsenal przeżywa obecnie jeden z najgorszych okresów za kadencji Arsene’a Wengera. Fani domagają się odejścia Francuza, a zespół po raz pierwszy od niepamiętnych czasów może nie zakwalifikować się do Ligi Mistrzów. A jeszcze kilkanaście lat temu wszyscy zachwycali się grą Kanonierów, którzy w wielkim stylu wygrali ligę bez ani jednej porażki. Dziś przypominamy piłkarzy, którzy tworzyli tamtą drużynę „Niezwyciężonych”. Ku pokrzepieniu serc!

Patrick Vieira

Kiedy Patrick Vieira przybył do Arsenalu, od razu został wrzucony w wir dziwnych wydarzeń. „Podczas mojego pierwszego treningu Tony Adams ogłosił, że jest alkoholikiem. Nie bardzo łapałem, co się dzieje. Mój angielski nie był za dobry, więc Rémi służył mi za tłumacza. Zadawałem sobie pytanie, gdzie ja, do cholery, jestem” – czytamy w książce Amy Lawrence „Niezwyciężeni”.



Wszystko potoczyło się lepiej, niż się spodziewał. Podczas pierwszego występu w barwach Arsenalu Vieira zupełnie odmienił obraz gry zespołu. Kilka lat później został jego kapitanem. „Nie zobaczysz, jak Patrick wrzeszczy na wszystkich na murawie. Ale to tak dobry i tak dominujący piłkarz, że nie musi uciekać się do krzyku – wspomina Henry w książce. – Wystarczało nam to, jak grał… Myśleliśmy sobie: »Pobudka. On nie żartuje. Trzeba grać tak samo«”.

Mimo tego, że to Vieira był kapitanem, kolegom z drużyny często przychodziło okiełznać jego temperament. Nie mieli skrupułów, by na niego krzyknąć. „Patrick należał do zawodników, którym należało czasem sprzedać kopa w tyłek. To dlatego, że był bardzo wyluzowany i myślał sobie: »Och, jestem najlepszy«” – twierdzi Jens Lehmann. Ten rodzaj relacji Kanonierzy nazywali współprzywództwem. Wszyscy czuli się odpowiedzialni za drużynę.

Fredrik Ljungberg

Szwed, model, w Arsenalu określany jako człowiek z żelaza. Pamiętacie jego długie rajdy na skrzydle? Często to one otwierały Arsenalowi drogę do zwycięstwa.

W książce „Niezwyciężeni” Ljungberg opowiada m.in. o tym, jak pobyt w Arsenalu wpłynął na jego późniejszą karierę: „Może zabrzmi to głupio, ale kiedy grałem potem w innych klubach, nadal co rano chodziłem się przywitać ze sprzątaczkami, recepcjonistką i innymi pracownikami. W innych klubach wielu piłkarzy tego nie robiło. Nauczono mnie tego w Arsenalu: wszystkim okazuj szacunek, każdy jest tyle samo wart i wnosi do tego klubu coś, dzięki czemu klub może iść naprzód.”

Kiedy Ljungberg przybył do Kanonierów w 1998 r. był mało znanym zawodnikiem rodzimego Halmstads BK, mimo że miał już za sobą debiut w reprezentacji Szwecji. Dotychczasowo grał na środku pola, ale Wenger postanowił przestawić go na skrzydło. Samemu zawodnikowi się to nie spodobało. Źle czuł się na tej pozycji i po pierwszym sezonie rozważał odejście z Arsenalu. Dziś może dziękować samemu sobie, że postanowił zostać i wziąć się do pracy. Lata spędzone w drużynie z Highbury były w jego karierze najbardziej owocne pod względem sukcesów.



Robert Pirès

W niezwyciężonej drużynie Arsenalu, obok Thierry’ego Henry’ego, pięknie strzelonymi bramkami popisywał się również inny Francuz – Robert Pirès. Często określany jako „Pan Sympatyczny”, nie był wcale miły dla drużyny przeciwnej na boisku. Ale zanim tak się stało, musiał się wiele nauczyć.
Pirès przyszedł do Arsenalu w 2000 r. z Olympique’u Marsylia. Brutalny styl gry, który królował w ówczesnej Premier League, był dla niego czymś szokującym. Na szczęście zawodnikami od „brudnej roboty” byli w drużynie wysokiej klasy obrońcy – Tony Adams i Martin Keown. Pirès zajmował się strzelaniem bramek, co przyniosło dobre skutki - już w swoim drugim sezonie w Arsenalu został uznany Piłkarzem Roku w Anglii.

Campbell tak w książce „Niezwyciężeni” wspomina Francuza: „Był bardzo spokojny, ale z drugiej strony lubił zrobić zamieszanie na boisku – zauważa obrońca. – Jeśli zdarzały się jakieś przepychanki, zawsze zdawało się, że jest w ich centrum, a potem nagle zmykał. Do dziś mnie to bawi!”

Pirès w „niezwyciężonym” sezonie 2003/2004 strzelił 14 bramek. Najważniejszą z nich wydaje się zwycięskie trafienie na 2:1 w meczu z Liverpoolem:
https://www.youtube.com/watch?v=ZCYhDGzks6E

Gilberto Silva

Fakt, ze Silvie udało się tak wspaniale rozwinąć zawodową karierę, stanowi o jego niezwykłej determinacji. Gilberto to syn kowala, w jego domu nigdy się więc nie przelewało. Brazylijczyk nie miał łatwego dzieciństwa: mieszkał z trzema siostrami w jednym pokoju. W pewnym momencie musiał rzucić karierę, by zarobić na utrzymanie rodziny. Zajmował się stolarką i pracował w fabryce cukierków. Kiedy po raz kolejny postanowił wrócić do piłki, los wreszcie się do niego uśmiechnął. W wieku 25 lat dostał pierwsze powołanie do reprezentacji Brazylii, a wkrótce pojechał z nią na mistrzostwa świata do Korei Południowej i Japonii, skąd Canarinhos przywieźli złoto. Tuż po tym sukcesie, Wenger ściągnął go do Arsenalu.



W zaklimatyzowaniu się w Londynie pomógł mu jego rodak, Edu. Gilberto szybko odnalazł się w Londynie, jednak nigdy nie zapominał o korzeniach. Często śpiewał, a do walizki zawsze przypinał mandolinę. Jeździła z nią wszędzie.

W Arsenalu uchodził za osobę niesamowicie skromną. „Wszedł do szatni jako mistrz świata, za co niemal przepraszał, ale na boisku nigdy nie szukał wymówek. Uważałem, że to wspaniały dodatek do składu i zawodnik, który podniósł nam poprzeczkę” – wspomina Keown w książce „Niezwyciężeni”. Silva wraz z Vieirą stworzył w środku pola niezastąpiony duet, który w sezonie 2003/2004 stał się jedną z podstaw sukcesu Kanonierów.

Sol Campbell

Campbell nie owija w bawełnę – do Arsenalu przyszedł dla Wengera. Jego transfer był jednak bardzo problematyczny. Campbell grał w Tottenhamie – klubie, którego nienawidzą fani Kanonierów. Z wzajemnością. Londyńskim ekipom udało się jednak porozumieć, choć zawodnik musiał przez trzy miesiące trzymać transfer w tajemnicy w obawie o swoje bezpieczeństwo.

Kiedy Sol po raz pierwszy pojawił się w szatni Arsenalu, piłkarze oniemieli. „Wszystkim oczy aż wyszły na wierzch – wspomina Ray Parlaur w książce Amy Lawrence. – To była zabawna sytuacja. »Dobrze się czujesz, Sol? Co ty tu robisz? Przychodzisz do Arsenalu?«, pytaliśmy. Ale on tylko powiedział: »Chcę sięgać po trofea i być częścią waszej drużyny«”.

Campbell był symbolem pokoleniowej zmiany w Arsenalu - najpierw to on grał na środku obrony obok doświadczonego Tony’ego Adamsa. Później sam stał się nauczycielem, prowadząc przez „niezwyciężony” sezon Kolo Touré, który występował razem z nim na środku formacji defensywnej. Byli połączniem praktycznej mądrości z młodzieńczą werwą. Stanowili „złoty środek” linii obrony. Campbell był także ważnym elementem scalającym drużynę. „Wprowadziłem przed meczami taki zwyczaj, że przybijaliśmy sobie piątki i się ściskaliśmy. Miało to znaczyć: »Bądźmy dziś razem« – wspomina Campbell. - I byliśmy.”



Kolo Touré

Partner Campbella w pamiętnym sezonie zaliczył chyba najbardziej spektakularne wejście w historii Arsenalu. I to dosłownie! „Przebywałem na testach i rozpaczliwie pragnąłem zostać w klubie. Byłem gotów rozwalić wszystko, co stanie mi na drodze” – mówi Touré dziennikarce Amy Lawrence. „Piłka wyszła za boisko i pan Wenger po nią poszedł. Zamiast czekać, tak mocno chciałem pokazać, jak bardzo gotów jestem walczyć, że się nie zatrzymałem i wjechałem porządnym wślizgiem w pana Wengera” – wspomina. Mimo tego, że francuski szkoleniowiec po tym wejściu wyraźnie utykał, zakontraktował nowego zawodnika. Spodobał mu się jego zapał.

Kiedy Iworyjczyk trafił do klubu, początkowo, ze względu na swoją uniwersalność, był typowym „zapchajdziurą”. Przed „niezwyciężonym” sezonem Wenger postanowił zrobić jednak kolejny eksperyment – przesunął Kolo na środek obrony. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Piłkarz dobrze rozumiał się z partnerami z defensywy i szybko nabierał doświadczenia. W książce mówi o tym tak: „Wenger wystawiał przeciwko nam siódemkę ofensywnych zawodników i musieliśmy sobie radzić. Musieliśmy znaleźć sposób, by powstrzymać Henry’ego, Bergkampa i Pirèsa! Na treningach grasz przeciwko najlepszym, więc kiedy mierzysz się w lidze z innymi drużynami, jest ci łatwiej, bo przygotowywałeś się na najwyższym poziomie. To nas ukształtowało”.

Touré w sezonie 2003/2004 wystąpił w prawie wszystkich spotkaniach. Arsenal w drodze po mistrzostwo stracił zaledwie 26 bramek.

Poza wspomnianą szóstką Arsenal miał jeszcze wielu piłkarzy, którzy swoim wysiłkiem doprowadzili do osiągnięcia historycznego sukcesu. Najbardziej znanym jest oczywiście Thierry Henry, ale w sezonie 2003/2004 w składzie Kanonierów najczęściej występowali jeszcze: Ashley Cole, Jens Lehmann, Lauren, Dennis Bergkamp, Ray Parlour czy Edu. O nich jednak w drugiej części tekstu o legendarnej drużynie. Jeśli już teraz nie możecie się doczekać, odsyłamy do książki Amy Lawrence „Niezwyciężeni”, która właśnie trafiła do księgarni w całej Polsce.




zobacz aktualności na temat:

-Zobacz także:
Brak newsów o podobnym temacie!
-Skomentuj artykuł:

Tylko dla zarejestrowanych użytkowników serwisu!

-Komentarze użytkowników (4):
-
znukdiwad; użytkownik komentarzy: 4 newsów: 0
15.04.2017; 20:57
polecam książke! super się czyta...
Jestem z tych, którzy chcą dać Wenegerowi kolejną szansę, mam nadzieje, że w końcu uda mu się wygrać ponownie PL i wtedy spokojnie będzie mógł odejść. Zasłużył na to ! A jak ktoś jest innego zdania to niech przeczyta NIEZWYCIĘZONYCH
-
Gunnerrsaurus; użytkownik komentarzy: 7122 newsów: 0
13.04.2017; 14:43
Czyżby zostały nam już tylko wspomnienia?
-
NeverLie2Me; użytkownik komentarzy: 208 newsów: 0
13.04.2017; 14:15
Samą książkę polecam, bo po przeczytaniu pierwszego rozdziału ma się gęsią skórkę i uśmiech na twarzy, człowiek przypomina sobie wszystkie te akcje :)
-
AFC1208; użytkownik komentarzy: 1205 newsów: 0
13.04.2017; 13:41
Niedługo bedziemy wspominac tą druzyne, tak jak mój ojciec ciągle wpomina repr Polski z 74 roku.. Obysmy nie musieli tyle czekac do kolejnych sukcesow.



strona główna|regulamin serwisu|reklama|współpraca|kontakt|polityka plików cookies
Copyright © 2006-2017 by Kanonierzy.com   All Rights Reserved